Artykuł jest polską wersją artykułu Competing... for the translator? Ma on na celu przedstawienie Czytelnikowi nieco innego spojrzenia na konkurencyjność stawek i podobne aspekty relacji tłumaczy z biurami tłumaczeń.


Jednym z najczęściej padających w negocjacjach biur z tłumaczami słów jest „konkurencyjność”. Chodzi o to, aby wywołując skojarzenie z twardą rynkową grą, którą muszą między sobą prowadzić agencje, usprawiedliwić oferowanie niskich, a nawet coraz niższych stawek. Nawiasem mówiąc, nie zawsze jest to prawdą. Czasem chodzi tylko o usprawiedliwienie. Innym razem chodzi o przygotowanie gruntu pod negocjowanie z tłumaczem jego stawek. Oczywiście takie negocjacje mogą iść tylko w jednym kierunku. Przecież nie negocjujemy z kimś po to, aby zapłacić mu więcej niż on sam zażądał.

„Konkurencyjność” przekazuje także tłumaczom wskazówkę, że nie tylko powinni oni wykazać się zrozumieniem dla nacisku pod jakim biura stają ze strony klientów, ale także że sami tłumacze powinni konkurować między sobą w bazach agencji.

Wiele można byłoby na ten temat pisać i poruszyć szeroką gamę interesujących aspektów, ale dzisiaj chciałbym skupić się na jednej kwestii: na tym, że konkurencja działa także w drugą stronę.

Tłumacz może nawet nie zdawać sobie sprawy z tego, że klienci i agencje także konkurują między sobą o jego względy. Tłumaczowi może zdawać się, że po prostu przyjmuje proponowane zlecenia lub nie, zależnie od tego, czy pozwalają mu na to jego umiejętności i jego kalendarz. Takiemu tłumaczowi chciałbym zaproponować nową perspektywę: tak, drogi tłumaczu, oni także o Ciebie konkurują.

Agencyjnemu kierownikowi projektu („PM-owi”), czy też osobie zarządzającej agencją z biznesowego punktu widzenia, także chciałbym zaproponować nieco inną perspektywę na pewne sprawy: konkurencja toczy się nie tylko o klienta. Konkurencja toczy się także o tłumacza. Pomówmy o tym nieco bardziej otwarcie. Może nawet bardziej niż nieco. Po kolei jednakże. Zacznijmy od prostego wprowadzenia.

Nawet ci spośród nas, którzy są w tej branży nowi – czy to jako tłumacze, czy jako pracownicy agencji – prawdopodobnie dobrze znają sytuację, w której tłumacz nie może przyjąć zlecenia z przyczyn obiektywnych, niezależnych. Specjalizacje, języki i kierunki tłumaczenia to z reguły prosta sprawa: albo się da, albo nie. Podobnie jak nie da się zrobić tak, aby doba miała więcej niż 24 godziny.

Z drugiej jednak strony brak wolnego miejsca w kalendarzu tłumacza oznacza, że ma on tak dużo zleceń. To z kolei oznacza, że taki tłumacz może wybierać, a nawet że o obecności konkretnych zleceń w jego kalendarzu zadecydował jego własny wybór spośród kilku dostępnych możliwości. Nie zaszkodzi wspomnieć, że czas tłumacza, pozwalający na skorzystanie z jego umiejętności, to zasób o fizycznie ograniczonej dostępności.

Dlaczego więc tłumacz nie miałby sprzedać go temu, kto zapłaci więcej, podobnie jak klient lub przedstawiciel agencji może chcieć je powierzyć temu, kto zalicytuje najniżej. Tłumacz nie musi nawet organizować aukcji. Prawdopodobnie taka „aukcja” już teraz ma miejsce, a jej uczestnicy licytują, nawet jeśli tłumacz nie zdaje sobie z tego sprawy.

W pewnym zakresie tłumacz być może porównuje ze sobą nie tyle poszczególne potencjalne zlecenia, co może i choćby jedno jedyne w zestawieniu z perspektywą spokojnego weekendu lub luźniejszego dnia pracy. W niektórych innych przypadkach tłumacz być może wybiera między ofertami, które już ma pod ręką, a takimi, które być może dopiero nadejdą w ciągu najbliższych dni (a może nie).

Ani przedstawiciele agencji, ani sami tłumacze, nie powinni myśleć, że ci ostatnio po prostu przyjmują wszystkie propozycje jak leci aż do momentu, w którym dotrą do kresu swych możliwości czasowych i będą musieli – ze względu na „fizyczny” brak czasu – odmawiać pracy za tę samą, statyczną stawkę i na tych samych, statycznych warunkach. Tłumacz ma wybór. A jeśli nie, to kiedy ostatnio wykonaliśmy tłumaczenie specjalistyczne z redakcją za 10 zł/s?

Teraz podam kilka przykładów najpopularniejszych czynników, jakie odgrywają rolę w wyborach tłumaczy. Czytającym niniejszy artykuł pracownikom agencji pozwolę sobie zasugerować, że zapoznanie się z nimi byłoby w ich najlepszym interesie, ponieważ pochodzę one wprost z miejsc, w których tłumacze dzielą się swoimi doświadczeniami, a czasem wylewają żale.

Nawet jeżeli uwzględnimy brak miejsca w kalendarzu i brak znajomości dziedziny, niskie stawki prawdopodobnie wciąż stanowić będą najczęstszy powód odmowy (niekoniecznie zresztą otwarcie wspomniany przez tłumacza). Jest to podobna sytuacja do klienta, który jeżeli nie jest zadowolony z ceny, może szukać dalej. (I podobna do sytuacji pracownika agencji, który może z czasem – a wielu faktycznie to robi – odejść i założyć własne biuro, jeżeli nie będzie zadowolony z podziału marży).

Następnym w kolejności po niskich stawkach typowym powodem omijania pewnych zleceniodawców jest niesolidność w regulowaniu należności, (która, nawiasem mówiąc, stanowi najczęściej powtarzającą się przyczynę niskich ocen na BlueBoard, a tłumacze sprawdzają takie rzeczy), na równi zresztą z wymaganymi często w samych umowach długimi terminami płatności. Czy przedstawiciele zwłaszcza zachodnich agencji naprawdę myślą, że większość tłumaczy godziłaby się na 60-, a nawet 45-dniowe terminy płatności? (Czy sami chcieliby czekać dwa miesiące na pensję?)

Wróćmy jednak do umów. Jeżeli Czytelnik jest przedstawicielem biura, która wykorzystuje długi i mało przejrzysty wzorzec umowy (który należy parafować na każdej stronie, przeskanować ręcznie i przesłać na adres agencji), skomplikowany system rejestracji online i być może kilka innych podobnych wymagań i procesów, to – spójrzmy – ilu tłumaczy zasygnalizowało ostatnio brak zadowolenia z takiej sytuacji, a ilu wręcz stwierdziło, że już nie ma ochoty na współpracę?

A propos, być może sposób składania i odbierania zamówień przywodzi na myśl opisane wyżej doświadczenia z rekrutacji? No więc co prawdopodobnie stanie się, gdy ten sam tłumacz otrzyma z innej agencji ofertę pracy za tę samą albo nawet nieco niższą stawkę, ale bez tej całej biurokratycznej ścieżki zdrowia? (Wątpię, aby wśród pracowników agencji popularnością cieszyła się papierologia związana z normami ISO, przetargami itd.)

Dość już jednak tych przykładów. Chodzi o to, że biura tłumaczeń konkurują między sobą nie tylko o klientów i nie tylko tłumacze konkurują między sobą o zlecenia z agencji. Przeciwnie – a niektórym agencjom trzeba o tym przypomnieć – agencje w praktyce konkurują także i o tłumaczy, niezależnie od tego, czy strony tej relacji zdają sobie z tego sprawę. Prawdę powiedziawszy, podobnie jak naciskani przez agencje tłumacze, niektóre biura także powinny sobie uświadomić, że klienci konkurują o ich tłumaczenia, a przynajmniej mogliby. (Dotyczy to zwłaszcza biur, które wysyłają mało doświadczony personel na rozmowy z weteranami biznesowych negocjacji).

Przede wszystkim jednak biura powinny uświadomić sobie, że – na dłuższą metę – konkurencyjność ograniczona do relacji biuro-klient, a nie biuro-tłumacz nie zda egzaminu. Poddawanie się presji wywieranej przez klientów i przenoszenie jej ciężaru na tłumaczy spowoduje tylko to, że z daną agencją współpracować będą wyłącznie tłumacze, którzy nie mają innego wyboru albo nie wiedzą, że go mają (to zaś może nie potrwać zbyt długo). Ten fragment dedykuję szczególnie agencjom, które ostatnio pozwalają sobie oferować obraźliwe stawki w okolicach nawet 10 zł za stronę.

Takie błędne koło tylko podsyca – i usprawiedliwia – coraz dalej idące żądania klientów, czy to w zakresie stawek, czy to w zakresie „wartości dodanej”, która powoli staje się wartością podstawową (dodatkowe usługi lub dodatkowe opcje bez dodatkowych płatności), skoro wartość tłumaczenia samego w sobie jest tak niska, a do tego nie można na nim polegać. Oczywiście coraz dalej idące zaniżanie stawek przez biura powoduje, że nie tylko tłumacze, ale i same biura stają w pozycji dostawców mało cenionych produktów.

W rezultacie zlecenia wykonywać będą coraz gorsi i gorsi tłumacze, a w najlepszym razie ci sami tłumacze, tylko że w większym pośpiechu, poświęcając mniej czasu na poszczególne zadania, jeżeli chcą jakoś utrzymać swoje rodziny.

Jeżeli zaś Czytelnik jest tłumaczem, któremu wydaje się, że musi być „konkurencyjny” w taki sposób, jaki często mu się insynuuje, i zaakceptować to jako „nową normalność”, to usilnie zachęcam, aby sprawę dogłębnie przemyśleć. Zachęcam, aby przypomnieć sobie, co stało się, gdy ostatnim razem mieliśmy pełny kalendarz, byliśmy chorzy lub zmęczeni, tematyka zlecenia wykraczała poza nasz obszar wiedzy. Nie było czasem tak, że pierwszą reakcją – czy też być może pierwszą po „ale na pewno?” i „prosimy” – była propozycja wyższej stawki, jak gdyby do tego problem się sprowadzał? No właśnie. To samo może stać się, gdy to niska stawka lub inne kiepskie warunki będą przyczyną odmowy. Czy tak się stanie na pewno, tego nie wiemy. Ale na pewno nie stanie się, jeśli nie spróbujemy.


Copyright ProZ.com, 1999-2006. All rights reserved.


ProZ.com - https://wiki.proz.com/translation-articles
Konkurencja... o tłumacza?
https://wiki.proz.com/translation-articles/articles/3887/1/Konkurencja...-o-t%C5%82umacza%3F
Author: Łukasz Gos-Furmankiewicz
Poland
English to Polish translator
http://proz.com/pro/1072250 
By Łukasz Gos-Furmankiewicz
Published on 08/30/2013
X
Sign in to your ProZ.com account...
Username:
Password:




Your current localization setting

English

Select a language

All of ProZ.com
  • All of ProZ.com
  • Term search
  • Jobs
  • Forums
  • Multiple search